piątek, 25 kwietnia 2014

EXO. XiuChen - XOXO

Autor: Nottek
Beta: Brak. 
Fandom: EXO
Parring: Niespodzianka xd 
Rodzaj: Fluff/ 
Ilość słów: nie mam pojęcia --
Kanon: ---
Ostrzeżenia: brak. 
Od autora: No więc... po długiej przerwie po wracam ^,^ mam nadzieję, że zostanę na dłużej ;D miałam w planach zawieszenie bloga -.- nie dlatego, że brak weny, bo mam jej dużo.. po prostu mam wrażenie jakbym pisała tylko dla siebie ;c co mnie bardzo smuci ;c dobra nie ważne... następne opowiadanie, nie wiem kiedy ;)
Opowiadanie dedykowane dla Oli, bo biedaczka nie ma co czytać *-* i Risu, bo obiecałem jej to opowiadanie :D 
Zapraszam do czytania ^^\

~~.~~.~~.~~
        Uważałem go za swojego przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. Zawsze był obok mnie, wspierał w trudnych chwilach. Był tym kogo potrzebowałem niemal cały czas. Zaprzyjaźniłem się z nim już przed naszym debiutem. Szybko znaleźliśmy wspólny język. to coś niesamowitego, że trafiliśmy do jednego zespołu i pod grupy. Dopiero wtedy zrozumiałem co tak naprawdę czuję. 
       Co prawda nie dostaliśmy wspólnego pokoju, ale pomimo tego ograniczenia, podczas "ery teasterów" zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Dużo rozmawialiśmy, gdy wszyscy poszli już spać. Z dnia na dzień darzyłem go coraz to większą sympatią. Z koleżeństwa przeszliśmy do przyjaźni, dość bliskiej, by po dość krótkim czasie przejść do, w moim mniemaniu, jednostronnej miłości. Może miłość, to zbyt duże słowo. Na pewno byłem nim zauroczony.
     Wszystko co dotyczyło jego osoby wydawało mi się idealne i doskonałe. Jego głos i doskonałe przedłużanie ostatnich sylab. Jego delikatna skóra i to jak drży, gdy dotknie się jej zimnymi dłońmi. Jego idealnie koreańskie oczy. O odcieniu gorzkiej czekolady, którą tak uwielbiam. 
     Tak, zakochałem się w swoim najlepszym przyjacielu, który uważa mnie za brata. Byłem dla niego tylko troszeczkę ważniejszy niż reszta chłopaków z Exo. Bolało, owszem. Ale nie mogłem zniszczyć tego co miałem. Jego przyjaźń była dla mnie cenna. A kilkoma słowami mógłbym ją zniszczyć i na zawsze skreślić się w jego oczach. nie chciałbym żyć bez Chena. 
     Nie chciałem mówić mu o swoich uczuciach. i los okazał się być dla mnie na tyle łaskawy. Lecz takiego obrotu spraw bym się nie spodziewał. 

~~,~~,~~`,~~

       Pewnego dnia, chłopaki poszli na zakupy, a ja z Chenem zostaliśmy sami w dormie. Cieszyłem i bałem się jednocześnie. Nie bałem się Chena, co to, to nie. Obawiałem się siebie i swoich uczuć. Mógłbym w końcu nie wytrzymać i wyznać mu swoje uczucia. To co się dzieje w moim sercu, to jedna wielka kupa wszystkich możliwych emocji. 
        Siedziałem na kanapie i czytałem książkę, gdy ktoś usiadł obok mnie i położył głowę na ramieniu. Od razu spiąłem mięśnie, ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że w dormie jestem sam z Chenem. Ostrożnie na niego spojrzałem. Miał zmartwiony wyraz twarzy. 
  -ChenChen...
  -Co tam? 
  -Coś się stało? -Spytałem, uważnie go obserwując.
  -Nie wiem... -mruknął bardziej przytulając się do mojego boku. Czułem się jeszcze bardziej skrępowany. 
  -Jak to nie wiesz? -Prawie wyszeptałem te słowa.
  -Po prostu trudno mi ubrać to w słowa... co się dzieje wewnątrz mnie.
  -W-wewnątrz ciebie... -szepnąłem nie pewnie.
  -Ja... po prostu czuję się rozdarty. Jednocześnie chciałbym byś przy tobie cały czas i boję się przebywać z tobą sam.
  -Czemu? -wydukałem słabo, będąc w szoku. Chen spojrzał na mnie i ten widok mnie przeraził. Z jego oczu powoli wypływały łzy. -Czemu płaczesz, ChenChen?
  -Xiumin... nie rozumiesz?
  -Czego?
  -Moich uczuć względem ciebie! -To było dla mnie za dużo. Lubiłem mieć wszystko jasno powiedziane, a nie zagadkami. 
  -Chen! -uniosłem głos i siebie z kanapy -Powiesz mi, do cholery, o co ci chodzi?!
  -Kocham cię, kretynie!
Krzyknął i tyle go widziałem. Zszokowany patrzyłem w stronę drzwi, za którymi znikł Chen.
ON MNIE KOCHA.
      Uśmiechnąłem się jak wariat. Kocham mnie tak samo, jak ja jego. Usiadłem osłupiały na kanapie. Na prawdę usłyszałem z jego ust te dwa magiczne słowa. 
   Dalej ciesząc się jak wariat, wstałem i ruszyłem do pokoju Chena i lidera. Delikatnie i cichutko otworzyłem drzwi. Chen leżał na swoim łóżku, zwinięty w kłębek. Usłyszałem cichutkie łkanie. Serce mnie zabolało, gdy zdałem sobie sprawę, że to przeze mnie. Że to ja go skrzywdziłem. Usiałem na skraju łóżka i położyłem delikatnie dłoń na jego boku. Chłopak podniósł na chwilę głowę, po czym znów opadł na poduszki.
  -Nie musisz udawać. Nie potrzebuję litości. -Zdziwiły mnie jego słowa. 
  -Ale kto tutaj mówi o jakiejkolwiek litości. Ja...
  -Skoro nie chcesz się litować, to po przyszedłeś?
  -Bo... -westchnąłem głośno -Chen... ja cię kocham.
Spojrzałem mu w oczy i zobaczyłem w nich szczere zaskoczenie
  -Ty... mnie... koc...
  -Tak. Odkąd poznałem. Aż do dzisiaj i jeszcze bardzo, bardzo długi czas.
Chen rzucił mi się na szyję mocno przytulając. Zaśmiałem się, odwzajemniając uścisk. Po chwili odsunąłem go od siebie i spojrzałem głęboko w oczy. Mimo widocznych śladów łez, dalej były idealne. Uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłem ten gest, po czym pocałowałem go.
     Jego usta były takie jak sobie wyobrażałem. Delikatne i słodkie. Nie chciałem byśmy się spieszyli, więc po chwili przerwałem "pocałunek". Chen miał zarumienione policzki, lekko rozchylone usta i nieco nieobecny wzrok. Patrząc na niego szczerzyłem się jak wariat. W końcu byłem szczęśliwy.
  -Uścisk i pocałunek... nie uważasz, że to zbyt banalne? -Chen spojrzał na mnie z ogromnym uśmiechem.
  -Nie, to słodkie. -Odparłem obojętnym głosem, jednak po chwili i ja się uśmiechnąłem.
  -XOXO?
  -O tak.
Powiedziałem, po czym znów musnąłem jego usta i mocno przytuliłem.